Kuchenne rewolucje

Jestem zdeklarowaną fanką tego programu. Swiadomość gastronomiczna nie jest jeszcze u nas tak rozwinięta, żeby nie zachodziła potrzeba trafiania pod strzechy i niesienia oświaty kagańca. Oglądając piątą serię „Kuchennych rewolucji” nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to praca raczej jałowa. Właściwie ciężko mi pojąć, dlaczego kolejni restauratorzy zgłaszają się do programu, pomijając oczywistą chęć zaistnienia w mediach. Przecież wystarczy obejrzeć kilka odcinków z wcześniejszych sezonów, żeby wyciągnąć wnioski. Na przykład, że goście oczekujący 40 minut na jedzenie, z reguły zaczynają wykazywać pewną nerwowość. Albo że zaserwowanie im starego, żylastego mięsa lub zupki z proszku określanej szumnie w menu jako „domowa” może wywołać podobny efekt.  Ale widać nadal jest spora grupa właścicieli lokali, którzy w tych prostych zdawałoby się regułach dostrzegają jakieś niejasności i pani Gessler musi im je rozwiać osobiście. I tu pojawiła mi się wątpliwość, czy osoba kreująca się na guru, sama jest bez skazy. Bo z komentarzy internetowych wynika, że ma co nieco za uszami. Jasne, ludzie potrafią się czepnąć wszystkiego, a narzekanie uchodzi za polski sport narodowy. Więc biorąc na to poprawkę, wybrałam się do Gar Ristorante. Pierwsze niemiłe zaskoczenie – trzykrotna przebitka na cenie prosecco. No ale dobra, w restauracjach nie jest to rzadkość, a wręcz nawet reguła. Od czasu studniówki nie zdarzyło mi się przemycać alkoholu do lokalu i rozlewać go pod stołem, więc trudno, trzeba się pogodzić z marżą i  nie ma że boli. Chce człowiek być światowy to ponosi koszta, proste.

Drugi zgrzyt – kelnerka poproszona o rekomendację, poleciła tatar włoski, który od polskiego rożni się zasadniczo tym, że nie zawiera zółtka. Ale dość szybko wyszło na jaw, dlaczego go poleciła i bardzo upierała się przy tym wyborze. Mięso było stare, a całość niezjadliwa. Chrust z sardynek wporzo, aczkolwiek sonetu bym na jego cześć nie napisała. Poprawny i tyle. Nie wiem zresztą, czego się spodziewałam po chruście z sardynek. Ale podobno o klasie kucharza decyduje to, czy potrafi ze zwykłych produktów wykrzesać coś wyjątkowego vide „Ratatuj”. No więc tu olśnienia zabrakło. Podobnie jak w przypadku borowików w śmietanie.

Nie wiem, może to moja wina, bo za bardzo się nastawiałam, ale przystawki zniechęciły mnie do tego stopnia, że już nie kombinowałam przy drugim daniu. Mąż zamówił okonia morskiego z pieca i tu rzeczywiście pojawiła się iskra talentu kucharza. Ja przeszłam płynnie do deseru, którym były truskawki zabajone. Nie żebym się przechwalała, ale robię lepsze. Dużo lepsze zdarzało mi się jeść w mniej nadętych knajpach za znacznie niższą cenę. Zeby nie było – nie uważam się za sceptyka kulinarnego. Niejednokrotnie zdarzyło mi się popaść w nastrój liryczny w trakcie przeżuwania potrawy idealnej pod każdym względem. Coś jak w „Uczcie Babette”, gdzie żyjących w religijnej ascezie mieszkańców wykwintna kolacja wprawia w szał mistycznego wręcz uniesienia.  Ale  takie rzeczy to niestety nie w Garze.